Drogą do wolności osobistej

Przebaczyli

Przebaczyli

Amisze: jak było, tak jest i będzie.

Kilka dni po zamordowaniu pięciu uczennic w szkole w Nickel Mines w Pensylwanii, życie w okolicznych miejscowościach, zamieszkanych przez amiszów, toczy się dalej normalnym trybem.
Trafić do Nickel Mines lub Georgetown nie jest łatwo. Od głównej trasy prowadzi tu wąska asfaltowa ścieżka. To tak, jakby wjazd do garażu ciągnął się przez kilka mil. O tym, że jest to region zamieszkany przez amiszów, można dowiedzieć się już choćby ze znaków drogowych, zwracających uwagę na małe kolaski. Znaków jest coraz więcej w miarę zbliżania się do celu. Uwagę zwracają też domy, do których nie poprowadzono żadnych kabli elektrycznych ani telefonicznych. Na gankach suszą się czarne i granatowe ubrania: tu kilkanaście par skarpet, tam pończochy, spodnie, koszule i spódnice, powieszone obok siebie na lince. Tracimy orientację, gdy nasz „wjazd do garażu” przecina kolejną, identyczną drogę.

- Jedziecie dobrze – zapewnia 25-letni Jessie Wiggins, kierowca autobusu szkolnego, który od amiszów wynajmuje dom. – Ich szkoła jest jeszcze parę mil stąd.

Kiedy pytam o tragedię sprzed kilku dni, Wiggins podchodzi bliżej do samochodu i ściszonym głosem mówi: – Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. On wybrał ich szkołę, bo wiedział, że tam wejdzie bez problemu. Amisze nie zasługują na to, żeby przeżywać coś takiego. To tacy spokojni, mili ludzie. Mam siostrę w wieku dziewczynek, które zginęły. Traktuję tę tragedię jak swoją.

W pewnym momencie obok nas przejeżdża kolaska amiszów. Czarna, zakryta buda, z szybami z przodu i po bokach, ciągnięta przez jednego konia. Przez przednią szybę przechodzą lejce, które trzyma brodaty mężczyzna w jasnym, słomkowym kapeluszu. Patrzy na nas. Skinął lekko głową, podnosi rękę w geście pozdrowienia, cmoka na konia i jedzie dalej. Z tyłu na pace siedzi dwóch kilkuletnich chłopców, zapewne synów. Jeden z nich macha nam na pożegnanie.

Człowiek, o którym mówił Jessie Wiggins – to morderca.

Stojąca przy głównej drodze w Nickel Mines szkoła, do której 2 października wszedł 32-letni mleczarz Charles Roberts i zastrzelił pięć uczennic, jest tak niepozorna, że za chwilę miniemy ją bezwiednie.

Dziś już jej nie ma. W nocy z 11 na 12 października buldożery zrównały ją z ziemią. Ziemię amisze zaorali.

Dojeżdżamy do pobliskiego Georgetown. Pierwszym większym budynkiem jest tu kościół metodystyczny, za którym znajduje się cmentarz. Uwagę zwraca zielony namiot ustawiony w miejscu, w którym kończy się nekropolia, a zaczyna pole kukurydzy. Jedziemy jednak dalej, szukamy parkingu i znajdujemy go przed starym drewnianym domem, w którym mieści się sklep. Nie jest to jednak parking dla samochodów, ale dla kolasek. Sklep należy do amiszów.

Można w nim kupić wszystko to, co w Polsce dostaniemy w pasmanterii. Asortyment mają jednak większy. Oprócz różnobarwnych materiałów, nici i bawełnianych motków są też naczynia, a także świece, najniezbędniejsze narzędzia i gwoździe. Wystrój sklepu przypomina czasy, których u nas nikt żywy pamiętać nie może. Wnętrze oświetla kilka małych gazowych lampek. Drewniana podłoga skrzypi, jakby się miała zaraz zawalić.

Jedna z lamp oświetla twarz młodej amiszki za ladą. Ubrana jest jak reszta pań: w suknię szczelnie zakrywającą całe ciało, solidne buty i czepek. Wszystko czarne, z wyjątkiem białych falbanek okalających czepek.

Podchodząc do niej, po raz pierwszy tego dnia czuję się jak intruz. Nie wiem, jak zacząć rozmowę o zdarzeniu, które musiało wywołać w niej nieporównywalny z niczym innym szok. Nie wiem też, czy w ogóle będzie chciała ze mną rozmawiać. Ona jednak, nie przerywając zwijania beli materiału, podnosi wzrok i powoli rozwija swój sympatyczny uśmiech. Nic nie mówi. Czeka tylko, ale w oczach widać, że przeczuwa, o czym będziemy za chwilę rozmawiać.

- Jestem z Europy – zagajam nieśmiało, nie wdając się w szczegóły. – Bardzo dużo czytałem o waszej społeczności, o zwyczajach…

Dziewczyna odkłada belę i patrzy badawczo na swoją znacznie starszą towarzyszkę. Gdy ta kiwa z przyzwoleniem głową, znacznie śmielej zwraca się do mnie: – O tak? To pięknie.

- Oczywiście, że strasznie to przeżyliśmy, ale pomaga nam modlitwa – odpowiada na cisnące mi się na usta pytanie. – Znałam niektóre z tych dziewczynek. Znacznie lepiej znałam jednak ich rodziców. Przetrwamy – mówi, znów uśmiechając się łagodnie. – Przetrwamy, bo już przebaczyliśmy – dodaje i w tym momencie woła ją jakiś głos z zaplecza.

Nie dosłyszałem jej imienia, więc spytałem o nie tę drugą. – Ona nie chciałaby go wam podawać, a więc i ja tego nie zrobię – mówi kobieta koło czterdziestki. Uśmiecha się również, ale w sposób dający do zrozumienia, że jeśli chcielibyśmy już wyjść, to na pewno nikt nas nie będzie zatrzymywać. Media są obecne w tej okolicy już od kilku dni i zdążyły zaprezentować amiszom swą natrętną naturę. Chcąc nie chcąc, musimy pogodzić się z tym i wychodzimy.

Pod sklep rozklekotaną mazdą podjeżdża 70-letni Don Reese, który do Georgetown przyjechał na urlop z Arizony. – Znam ich od dziecka. Wychowywałem się w tych okolicach. Oczywiście, że przetrwają. Powiem więcej: to ich umocni. W nich nie ma gniewu, jest sama dobroć i pogodzenie się z wyrokami Boga. Modlą się, kiedy jest ciężko, a ludziom, którzy wyrządzają im krzywdę, po prostu przebaczają. I tak też jest teraz – mówi z przekonaniem. – Life goes on!

Reese zaznacza, że gdy doszło do tragedii, poczuł wielki wstyd za cywilizację, której jesteśmy reprezentantami. Zwraca uwagę, że „oni”, amisze, nigdy niczego nie chcieli. Jedyne, czego pragnęli i dalej pragną, to móc spokojnie żyć po swojemu. A w zamian dają czystą dobroć.

- I nagle nasza cywilizacja weszła w ich życie z butami w najgorszej z możliwych postaci. Taka zbrodnia, taka zbrodnia… – głos mu się załamuje, ale ciągnie dalej: – I zobacz. Przebaczyli!

Łatka natrętów stała się najwyraźniej tak silna, że gdy tylko panie w sklepie zorientowały się, że wciąż tkwimy na parkingu, w dodatku zawracając głowę staremu klientowi, natychmiast wyszły, chwyciły ogromny znak z betonową podstawą i ustawiły go przy wjeździe, od ulicy. Potem zamaszystym krokiem, otrzepując ręce, jak zwykło się czynić po wykonaniu dobrej roboty, wróciły do sklepu. Z twarzy nie znikał im uśmiech. A na znaku widniał napis: „Parking tylko dla klientów”.

Jakby na potwierdzenie słów Reese’a, że „życie toczy się dalej”, kilkadziesiąt metrów od parkingu, w przydrożnym garażu trwa aukcja. Słychać monotonny głos mężczyzny przyjmującego kolejne propozycje cen. Twenty five dollars, twenty five, twenty five, six, I got twenty six, twenty six – powtarza liczby z niewyobrażalną prędkością. Licytuje stół. Jeden z mieszkańców sprzedaje dom. Zdecydował, że sprzeda go ze wszystkim w środku, a jeśli nie da się tego wszystkiego spieniężyć, to po prostu rozda ludziom, jak leci. Najliczniejszą grupę nabywców stanowią amisze. – Nie, mnie to nie dziwi – mówi 27-letni Brian Givler, sąsiad amiszów. – Tak jak nie zdziwiło mnie, że tuż po morderstwie dziewczynek utworzyli własną delegację, poszli do domu wdowy po Robertsie i złożyli jej kondolencje. A potem zaczęli zbierać pieniądze, żeby jej pomóc. Oni tacy są.

Givler informuje, że na cmentarzu za kościołem metodystów, który widzieliśmy wjeżdżając do George-
town, dziś chowają Robertsa. Okazuje się, że zielony namiot przy polu kukurydzy ustawiono po to, by rodzina mogła go spokojnie pożegnać.

Na przykościelnym parkingu jesteśmy sami. Koło namiotu kręci się dwóch pracowników, kończą przygotowania do ceremonii. Podjeżdża samochód z dwiema dziennikarkami z „Philadelphia Inquirer”. Za nimi kolejny, z którego wyskakuje David Cox, Brytyjczyk, właściciel małej agencji prasowej i „wolny strzelec” polujący na sensacje, a potem sprzedający newsy tym, którzy zapłacą najwięcej. – Weź skumaj cwaniaków. Normalnie próbują mnie oszukać – mówi z angielskim akcentem, żując nerwowo gumę i paląc jednocześnie papierosa. Patrzy na mnie zdziwiony, gdy pytam, o kogo mu chodzi. – No jak to? – odpowiada. – Wzięli jednego dzieciaka z dziurą w głowie ze szpitala, żeby sobie spokojnie umarł w domu. A teraz mówią, że nagle mu się poprawiło, i zawieźli go z powrotem do szpitala. Taki wykręt. Żeby mogli go spokojnie pochować. No mówię, cwaniaki, ale ja się nie dam.

Zaczynam rozumieć Reese’a i jego wstyd za naszą cywilizację. Zwłaszcza że naprzeciwko kościoła do jednego z drzew ktoś przymocował kawałek kartonu z odezwą do mediów: „Prosimy was. Uszanujcie ich spokój. Pozwólcie im godnie pożegnać te dzieci”.

Poczułem się jak intruz po raz drugi, kiedy jeszcze przed pogrzebem Robertsa pojechaliśmy pod szkołę, w której zamordował dziewczynki. Chwilę po nas zjechali się tam inni reporterzy. Było też kilka ekip telewizyjnych. W pewnym momencie z domu naprzeciw wybiegła zapłakana kobieta, zwykła Amerykanka. Krzyczała: – Jak wam nie wstyd kalać w ten sposób to miejsce? Kiedy będziecie mieli dosyć? Zakradacie się tu nawet przez pola. Tu zginęły małe dzieci!

Nie wytrzymała. Przez kilka dni widziała swój dom we wszystkich programach telewizyjnych. Widział go zresztą cały świat. Czuła, że tragedia tego miejsca, tej okolicy i ludzi, którzy tam mieszkają, zeszła na drugi plan, ustępując pogoni za sensacją.

Pod kościół metodystów podjeżdża policja stanowa. Za nią straż pożarna. Z wozu wyskakują strażacy i wolontariusze, wśród nich młodzi amisze. Zasłaniają fotoreporterom pole widzenia. Wkrótce od strony Lancaster (skąd dwa dni wcześniej nadjechał eskortowany przez policję konną i składający się z kilkudziesięciu powozów kondukt żałobny amiszów, odwożący na pobliski cmentarz jedną z zamordowanych dziewczynek) nadjeżdża kondukt składający się z czarnych mercedesów i bmw.

Pierwszy jedzie karawan z ciałem człowieka, którego czyn wstrząsnął światem, który dla wielu stał się wcieleniem diabła. Za nim w samochodach podąża rodzina tego, który po zamordowaniu dzieci strzelił sobie w głowę. Policja odpycha natrętnych fotoreporterów. Starszy pan, wolontariusz ze straży pożarnej, upatrzył sobie jednego z nich i bawiąc się w kotka i myszkę zasłania jego obiektyw.

Nagle ktoś krzyczy: – Idą od strony pola!

Chodzi o grupę kilkudziesięciu amiszów. Całe rodziny, w milczeniu i z daleka od kamer, zbliżają się do zielonego namiotu. Jeden wysuwa się na czoło i jako pierwszy podchodzi do przedstawiciela rodziny Robertsa. Wymieniają kilka słów, a potem padają sobie w ramiona.

Mężczyzna, który ich przywitał, gestem ręki zaprasza wszystkich do środka.

MAREK OSIECIMSKI jest dziennikarzem nowojorskiego „Nowego Dziennika”.

Przebaczyli