Autor Wątek: Po co wybaczać?  (Przeczytany 7857 razy)

Cordis dnia: Lipiec 03, 2005, 22:50:21

  • Gość
Zaglądam na to Forum codziennie (nie zawsze się loguję)  i zadziwia mnie to milczenie.
Czyżby nie było o czym pisać? Nie było czym się dzielić?
Może to ten problem, o którym pisali inni w już gdzieś ( nie mogę znaleźć gdzie? :shock: ), że jak się naprawdę wybaczy, trudno sobie przypomnieć co i jak?

Zastanawiałam się, co mnie skłoniło do mojego pierwszego wyjazdu na Wybaczanie?
Zawodowo zajmuję się pomaganiem cierpiącym (w szerokim tego słowa znaczeniu). Często widywałam ludzi zniszczonych przez nienawiść. Nie nienawiść innych, ale ich własną!!!
Chyba to mnie najbardziej zdumiało - nienawiść i poczucie krzywdy najbardziej niebezpieczne są dla tego, kto je nosi w sercu!!!
Równie destrukcyjne jest chyba jeszcze tylko poczucie winy, ale to w końcu tylko inne ukierunkowanie nienawiści.
Nienawiść jest jak trucizna!!!. Nie ważne, czy jest skierowana na zewnątrz, czy w siebie. Jest jadem, który przeżera wszystko - ciało, umysł, serce, duszę.
Mówi się coraz częściej, że przewlekła nienawiść, żal (do innych lub siebie) jest czynnikiem sprzyjającym rozwijaniu się wielu chorób, np: nowotworów.
Coś w tym jest, bo nienawiść to jak narośl na duszy.
Kiedyś stanęłam przed zagrożeniem znienawidzenia kogoś. Czułam nienawiść!!! Soczystą, czystą nienawiść. Jakie to było kusząco piękne!!!  :twisted:
Przez moment wszystko wydawało się jasne:
- TO ON JEST WSZYSTKIEMU WINIEN!!! Ja jestem tylko Biedną Ofiarą!!!  /bok/
Otrzeźwiło mnie jedno - wspomnienie dwojga ludzi, których dość dobrze znałam, a którzy spędzili blisko 30 lat na wzajemnej walce o udowodnienie sobie, kto był bardziej winien. Obydwoje już nie żyli. Obydwoje zmarli na raka w ciągu 2 lat po sobie.
W sumie to jestem im wdzieczna, że pojawili się w moim życiu, bo być może uratowali mi życie. Ich wspomnienie sprawiło, że zrobiłam wiele, aby nie dać się zwieść pokusie nienawiści i ugrzęźnięcia w roli ofiary.
Dziś spotkania z człowiekiem, do którego przez chwilę czułam nienawiść, już nie są bolesne. Dziś czuję się też dużo szczęśliwsza, bo:
ocaliłam moją wolność - nie jestem niczyją ofiarą. :)
Wg mnie warto było podjąć trud wybaczania.  :mrgreen:

Weronika #1 dnia: Październik 17, 2005, 15:12:19

  • Gość
Pisze, aby podzielić się z Wami tym co się zadziało z moim wybaczaniem. Kilka tygodni temu " puściłam" moje kamyki.  Zaczęłam się czuć jak bezbronne ciele, które idzie na rzeź. Więc pare dni temu znalazłam  następne . Dzięki nim jestem bezpieczna. Chronią mnie, aby nie mógł mnie skrzywdzić. (I tylko znowu troche bezsenności i obsesji... :D)

Offline Andrzej #2 dnia: Październik 17, 2005, 19:35:32

  • Administrator
  • ****
  • Wiadomości: 104
    • http://cYo.pl/
Pisze, aby podzielić się z Wami tym co się zadziało z moim wybaczaniem. Kilka tygodni temu " puściłam" moje kamyki.  Zaczęłam się czuć jak bezbronne ciele, które idzie na rzeź. Więc pare dni temu znalazłam  następne. Dzięki nim jestem bezpieczna. Chronią mnie, aby nie mógł mnie skrzywdzić. (I tylko znowu troche bezsenności i obsesji... :D )

Witaj Weroniko.
Odnoszę wrażenie że nie jesteś ukontentowana swoim procesem wybaczaniowym. Z Twojej wypowiedzi nasuwa się wniosek, że wybaczanie odbyło się skutecznie, ale jako takie jest raczej bez sensu.

Tematem tego wątku jest pytanie:
Po co wybaczać?
Jeśli mamy znaleźć przyczynę (a może i sposób zaradzenia) Twojego niezadowolenia, musimy zacząć od szczerej odpowiedzi na następujące pytania.
  • Czy pamiętasz jaki był cel twojego wybaczania?
  • Z jakim zamiarem przyjechałaś na trening?
  • Co dzięki procesowi wybaczania zamierzałaś osiągnąć?
Słońce świeci cały czas.

Kaja #3 dnia: Październik 17, 2005, 23:24:07

  • Gość
Weroniko, po przeczytaniu tego co napisałaś zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście dzięki tym „kamieniom” jesteśmy bezpieczni?!? Oj, obawiam się, że to złudzenie.
Ja mam dość życia będącego oczekiwaniem na atak, uzbrajania się na jego ewentualność, itd.
Pomijając kwestię „myśli twórczej” – pamiętam swoje zdumienie oraz wielką radość: przyjechałam do Zapałówki po takim maratonie terapeutyczno-wybaczaniowym i zauważyłam, że wreszcie nie muszę spoglądać przez ramię, nie ma we mnie potrzeby nadsłuchiwania cudzych kroków, pilnowania tego co dzieje się za moimi plecami...
Ulga, więcej energii na bycie w teraz. Właśnie wtedy, gdy ręce stały się puste, moje poczucie bezpieczeństwa wzrosło.

Andrzej przytomnie podkreśla temat wątku: po co wybaczać?
Jakoś nie ma we mnie chęci na snucie opowieści o możliwych (nie chcę wmanewrować się w pułapkę oczekiwań) efektach wybaczania.
Pamiętasz pewnie naszą wakacyjną wyprawę? Czy ciężar plecaka nie przeszkadzał Ci w dostrzeganiu tego co wokół, czy byłaś w stanie czuć coś więcej ... Ja nie tęsknię za tym obciążeniem.

To tyle na tą chwilę, pozdrawiam  /kwiatek/

Weronika #4 dnia: Październik 18, 2005, 02:05:42

  • Gość
Po co wybaczać?

  • Czy pamiętasz jaki był cel twojego wybaczania?
  • Z jakim zamiarem przyjechałaś na trening?
  • Co dzięki procesowi wybaczania zamierzałaś osiągnąć?

Pierwsze co przyszło. No jak to jaki cel ? Pozbyć się tego s****
   Stwierdziłam, że odpowiedzi na te pytania są dla mnie za trudne. Nie wiem. Nic nie wiem. Nawet nie mogłam sobie za bardzo odpowiedzieć "co wybaczałam". Zgoda na odejście, zgoda na odejście... miała być i coś jeszcze, co..? I już nic. O!
   Jeśli porównać wybaczanie do korytarza z kolejnymi pozamykanymi drzwiami to albo tych pierwszych rzeczywiście nie otworzyłam, albo tak szybko się za mną zatrzasnęły, że wpadłam nosem prosto w następne. Przeciągi, cholera!
   Przecież stało się COŚ. Stało się COŚ na pewno. Była magia. I był koszmar. Serce łup, łup i to coś co nazywa sie stany lękowe. Ale jakie!! Odjazd. Wszystko można sobie wytłumaczyć. Wszystko można... zrozumieć. Głupia jestem do tej pory.
 
    Więc patrzę na to co czuję. Co jest.

    Płaczę.

    Jeśli pozwoliłabym mu odejść, to czy nadal czułabym go każdego dnia w kawałkach mej skóry? Ile myśli dziennie wędruje ? Nie widuje, nie rozmawiam (zabroniłam sobie) a jednak boję się, że wyjedzie. Pomimo tego, że nawet bym o tym nie wiedziała. Płaczę, że mnie nie kocha. Że oszukiwał. Boli odrzucona miłość. (I znowu flash! To oto mi tu  chodzi?) "Pokaż mi, że mnie kochasz. Jak jestem wredna i żałosna. Pokaż mi, że mnie kochasz. Właśnie wtedy.
" Pokazał....
     Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje..."
Biedna kalina. Codziennie obrywałam jej liście po drodze do pracy... Nadal jestem zazdrosna.

     ON nadal jest. Nie osiągnęłam zamierzonego celu.
   
     Czy to kolejne drzwi? Czy te same? Czy boję się przyznać, że nie wybaczyłam i nie wybaczę? Nie wiem.
      Opierdol mnie Andrzej raz a porządnie. Proszę. /mur/  Może być tak : /kill/

     Kamyczki są dla mnie po to, aby trzymać się od niego z daleka. Tam gdzie mam zaćmienia, one są widoczne.

Offline Jurek #5 dnia: Październik 18, 2005, 15:02:50

  • Praktyk
  • *
  • Wiadomości: 14
  • MasterMan
Hej Weronika mam wrażenie, że podejmując się tego pięknego i trudnego zarazem procesu, miałaś już gotowy scenariusz "jak to będzie po".
Oczekiwania, tak trudno ich nie mieć, ale jeśli są, to często bywa jak u Ciebie. Guzik z pętelką.  8)
Chcę sam decydować o sobie i wszystkim co mnie dotyczy.

Offline Ola #6 dnia: Październik 18, 2005, 17:07:30

  • Praktyk
  • *
  • Wiadomości: 6
Witaj Weroniko

Poruszyło mnie to, co piszesz bardzo, bo i bliskie i odległe zarazem.
Wczoraj "zrobiłam" czwarty krok, mój Dar Serca został przyjęty a ja
z wdzięczności o mało się nie "rozpłynęłam",  tak chyba niczego od dawna bardziej nie pragnęłam aniżeli zostawić swój ciężar, zostawić i odejść, odzyskać wolność siebie, znów chodzić po nieznanej ziemi, a nie wciąż i wciąż po tych samych wydeptanych, własnych śladach, odzyskać umiejętność widzenia tego, co jest, a nie patrzenia na to, co było, odzyskać własne serce, stać się jego jedyną i prawowitą dysponentką.
I dziękuję Bogu, tak zaczęłam to robić, że jest taka opcja, że można wybrać......

Piszesz Zyto, że: Kamyczki są dla Ciebie po to, aby trzymać się od niego z daleka. Tam gdzie mam zaćmienia, one są widoczne.  
ja wiem, że nic tak bardzo nie wiąże, jak te kamienie, i to, że często pozostawanie w oswojonym piekle jest łatwiejsze niż krok w nieznane ja to wiem.......
.......i jeszcze i to, że to nie było moje pierwsze wybaczanie.

Pozdrawiam Cię ciepło
Ola

Weronika #7 dnia: Październik 19, 2005, 00:52:18

  • Gość
Oczywiście masz racje Jurku. Pewien scenariusz był. Taki "dopuszczalny" - oczekiwanie, że  jak skutecznie wybaczę to mi to odejdzie i będzie wisieć, latać i powiewać. Jednym słowem wolność! Myślałam jednak, że  bardziej całościowo  i z akcentem na Kto, a nie Co. :D
  Oczywiście Olu, że proces wybaczaniowy, szczególnie pomyślnie zakończony, jest piękny i warty przejścia przez te koszmary, co niektórzy nazywają silne emocje. Kiedy przeczytałam wczoraj o Tobie na mini czacie, to sie popłakałam, z żalu nad sobą, że niektórym to tak dobrze, a mi nie.
  Oczywiście masz racje Andrzeju, że szukam winnego, bo coś mi znowu nie wyszło. A ja przecież tak sie starałam...  :D Bardziej jednak widze to jako taki obrazek: dziecko, które zwraca popsutą zabawkę swemu darczyńcy i mówi:  " rozpierdoliła się....sama". W małej główce gdzieś jeszcze myśl przeleci "a może dał popsutą?"
   Jestem sama. To fakt. :D I tak Ola. Warto. Wierzę.
   Zamiast pieprzyć się z tym: poszło, nie poszło, a może kawałeczek, a może wichura i stąd ten przeciąg...KONIEC . Niech sobie będzie.
   Chcę teraz sama sobie przez to przechodzić. Nie ma co...To wszystko i tak w sobie, we własnym sumieniu...Zajmuję się TYM CO JEST.  Od jutra...  :D  , bo dzisiaj dobra nocka.

P.S. Pomimo, że nie jestem do końca ukontentowana :D , to też mi sie zdarzaja cuda!!! Na przykład taki, że przed wybaczaniem było jeszcze gorzej :D :D :D ( strasznie mi wesoło, nie wiem czemu :D). Nie , nie to chciałam powiedzieć. Znaczy to też prawda...aaa  Stop!
       Po czwartym bardzo, ale to bardzo bolało mnie serce, stany lękowe takie...pisałam wczesniej. I ostatnio troche sie pomściłam Na Nim ( brzmi jakbym mu przypalała stopy  /hlehle/  - ciekawe...). Oprócz tego, że nie sprawiło mi to dużej radości, zaczęło mnie boleć serce. Tak samo. Rozpoznaję ten ból.
       A drugie to teraz... spojrzałam na to co napisałam:
cytuje :D:
"KONIEC . Niech sobie będzie." -  przeciwności i aceptacja.
       Może jeszcze jest dla mnie nadzieja /yay/   
 /szoking/
Tak sobie to wszystko poczytałam jeszcze raz. Chaos mam okropny. Jakieś dziwne wrażenie, że sama nie wiem o co mi chodzi. Cały czas szukam odpowiedzi.
   Zaczęłam sie zastanawiać czy wybaczanie jest braniem odpowiedzialności za swoje emocje?

Czy wogóle istnieje taka odpowiedzialność?

Offline Ola #8 dnia: Październik 21, 2005, 07:58:08

  • Praktyk
  • *
  • Wiadomości: 6
Odpowiedź na to pytanie Po co wybaczać? Weroniko jest tak ważna dlatego, że wybaczanie nie jest celem samym w sobie, to część drogi, ten kawałek jest o tyle łatwiejszy do przejścia, że daje pewną metodę. Ale jaką wypełnisz ją treścią i jaki nadasz jej sens, zależy od Ciebie. Tu zaczyna się odpowiedzialność.
Tak naprawdę to my nadajemy znaczenie wszystkiemu co nas spotyka a wybaczanie przywraca nam tę utraconą zdolność widzenia rzeczy jakimi są.

A z chaosu powstają piękne rzeczy.   /eureka/
Powodzenia i
/kizia/
Ola

Offline Nika32 #9 dnia: Grudzień 12, 2005, 10:42:31

  • Wiadomości: 7
Czytam te posty i zaczynam się zastanawiać...no własnie a po co mam wybaczać....mysle i mysle i byc może, ktos z Was nazwie mnie egoistka, ale chyba wiem, dlaczego chce nauczyc sie wybaczac..dla swojego spokoju, dla własnego komfortu psychicznego, dla ukojenia wewnetrznego bólu, dla wyzbycia się destrukcujnego myslenia, które to wpędza mnie tylko w depresje a co za tym idzie, cierpi równiez moja rodzina, moi najbliźsi. Dochodze do wniosku..że mimo wszystko na pierwszym miejscu stawiam siebie, poniewaz jesli mi sie uda wybaczać..będe szczęśliwa a jesli ja będę szczęśliwa, to będe miała siły, aby podołac innym wyzwaniom i ze spokojem i usmiechem na ustach dawać szczęście mojej rodzinie - buziaczki nika32 :lol: :lol: :lol:
Tylko życie poświęcone innym, warte jest przeżycia - Nika32

Offline Jurek #10 dnia: Marzec 11, 2006, 21:38:26

  • Praktyk
  • *
  • Wiadomości: 14
  • MasterMan
Witajcie WYbaczacze.
Nieuchronnie zbliża się zapowiedziany termin Wybaczania, a u mnie coraz większy opór. Z głowy chcę wybaczyć, ale czuję wręcz coś odwrotnego. Q...wa by to ruski chrabąszcz... Czy jest sens podejmować się tego procesu jeśli we mnie nie ma wewnętrznej zgody na to co myślę zrobić??? Ja pierdzielę, brałem udział w dwóch procesach i dotąd było inaczej, było wspólne TAK rozumu i czucia, a teraz rozdźwięk  :?
Chcę sam decydować o sobie i wszystkim co mnie dotyczy.

Weronika #11 dnia: Marzec 12, 2006, 13:38:21

  • Gość
Jurku, ABSOLUTNIE NIE MA SENSU !! Czy ta odpowiedź Cię zadawala ?  :D

Offline Jurek #12 dnia: Marzec 12, 2006, 18:06:49

  • Praktyk
  • *
  • Wiadomości: 14
  • MasterMan
Dzięki Weronko właśnie takiej odpowiedzi oczekiwałem :D Teraz już wiem!!!
Chcę sam decydować o sobie i wszystkim co mnie dotyczy.

Offline Halinka #13 dnia: Marzec 16, 2006, 13:25:33

  • Praktyk
  • *
  • Wiadomości: 16
Jurek , jesteś mi /tapczan//serducho/ /slonecznik/ /z1/ wspieram cię
* Poznaj siebie * - Halinka