Autor Wątek: Odzyskałam TO, czego/kogo nigdy nie miałam  (Przeczytany 2303 razy)

Offline Patka dnia: Marzec 07, 2013, 12:30:17

  • Wiadomości: 2
Wybaczanie, dla mnie zaczęło się od guza... Tak, od diagnozy nowotworu. Lekarz zrobił wstępne badanie, potem usg, biopsję, a na końcu wycedził diagnozę: nowotwór niezłośliwy - można z tym żyć, trzeba tylko się badać co 3 miesiące i zostawił mnie z wyrazem twarzy "Pani czas dobiegł końca, następna pacjentka." Boże, przecież dotarłam tutaj, mam wszystko dzięki "Myśli twórczej"- mam radość z życia, miłość, satysfakcję z pracy, w zasadzie wszystko. Wtedy poczułam strach, strach? Panikę, przerażenie i jeszcze to, i to, i to też poczułam i tamto i jeszcze tamto też... bla, bla, bla. Życie miało mi się tak skończyć? W wieku 27 lat? Teraz? No tak, miałam zginąć  w wypadku samochodowym 24 lipca 2008roku, wyszłam bez małej ryski, a toyota skasowana. Wtedy wymknęłam się śmierci, to teraz się o mnie upomina. No to dobrze, poddaję się, niech się kończy to moje życie... zakopałam się w swoich myślach, pracy, wyobrażeniach i innych badziewstwach-odciągaczach od PRAWDY. I poddałam się. W tym moim "męczeństwie i umartwianiu się" przeszkadzali mi najbardziej moi bliscy Rafał i Basia, którzy męczyli mnie, że mam żyć, że mam się nie poddawać i iść do przodu. Gadanina. Łatwo im tak mówić, są zdrowi, nie mają wyroku pt.: "Ma Pani nowotwora." Ale nie dało się stłumić tej energii i Basia wysłała mnie na WYBACZANIE w 2011, a Rafałek podłączył się, żeby mi pomóc i być ze mną w trudnym czasie. Pojechałam ze sprecyzowana myślą- wybaczę mamie, to do niej mam pretensje i będzie spokój- nie umrę. Będę żyła dla moich bliskich i innych ludzi. Załatwię to. W czwartym dniu właściwie czułam, że niczego tej mamie nie muszę wybaczać, bo dzięki niej jestem tu, gdzie jestem i inne takie tam, że urodziła mnie zdrową i że mnie wychowała i w ogóle odczuwam wdzięczność. Boże, jak nawet teraz to pisze to śmieję się z pustoty tych słów. Hahahahaha  :lol:

To wydarzenie jednak odwróciło mnie o 180 stopni. Zrewolucjonizowało moje odczuwanie i przywróciło mi moc. Moją wewnętrzną moc. Wyjeżdżałam z Silnej- a raczej wylatywałam na skrzydłach mojej miłości do świata, do każdej kropli rosy, ziarnka piasku, gałązki smagającej mnie po twarzy uuuuuuu, co za radość istnienia, bycia, zamanifestowania się na kuli ziemskiej. Doznania ponad wyobrażenia, ponad istnienie, ponad ponad. Podczas praktyki wybaczaniowej odchudziłam swoje myślenie, bo wracałam lżejsza od powietrza, od wiatru, od wszystkiego. Byłam najlżejszym bytem istniejącym na ziemi. Zrobiłam, to na prawdę to zrobiłam WYBACZYŁAM, Boże, jak ja wybaczyłam... byłam wybaczeniem. A czwarty krok? Kwiat w doniczce rozkwiecony, który przemówił do mnie w sklepie kwitł ze znalezionymi symbolami jeszcze przez następne pół roku. Moja Mamusia dziwiła się, że to w ogóle możliwe. Mam Mamusię- moją przyjazną duszę- bo tego na tym etapie potrzebuję. Nie miałam nigdy MAMUŚKI, a teraz mam kogoś na miarę mojego teraźniejszego "zapotrzebowania."
Dziękuję :P